Z pamiętnika groundhoppera

                                   Z pamiętnika groundhoppera - Skrzeszowice

Kolejna piłkarska środa i tym razem wyjazd nie na zaproszenie, ale na zlecenie z redakcji. Był to mecz „na szczycie” więc warto było go zrelacjonować.

Klasa B (Kraków I), 28.05.2014 r.

Sparta Skrzeszowice  Szreniawa Koszyce 0:2 (0:1)
 

Wyprawa do Skrzeszowic była bardzo miłą odskocznią po Wróżenickich przygodach. (Wróżenice ostatecznie zostaną przeze mnie pominięte w pamiętniku). Kolejna piłkarska środa i tym razem wyjazd nie na zaproszenie, ale na zlecenie z redakcji. Był to mecz „na szczycie” więc warto było go zrelacjonować.
 

Te prawie 30 kilometrów, jakie dzielą zamieszkiwaną przeze mnie posesję od stadionu na który się wybrałem, pokonałem nadzwyczaj sprawnie. Sprawnie nie znaczy - bez przygód. Tym razem w roli głównej wystąpiła pogoda. Gdy wyjeżdżałem z domu, zbierały się jakieś tam chmurki, więc przezornie do tej mojej magicznej torby napchałem tyle ciuchów, ile tylko się dało.
 

Do Skrzeszowic, można dojechać autobusem MPK linii 202 z Dworca w Czyżynach. Im bliżej było do dworca tym bardziej deszcz zaczynał przybierać na sile. Po wysiadce na czyżyńskim przystanku okazało się, że deszcz nie wiedzieć czemu pada poziomo. Lało jak z cebra, nie było sensu chronić się przed wodą, więc zamiast siebie, chroniłem parasolem magiczną torbę z aparatami. W wyjątkowo szybkim jak na mnie tempie dotarłem do pobliskiego centrum handlowego, gdzie okazało się, że pomysł napakowania do torby, połowy posiadanej przez mnie garderoby, był strzałem w dziesiątkę. Już po chwili mokra koszula ląduje w torbie, a ja sobie dosycham w suchych ciuchach. Gorzej, że deszcz nie ma zamiaru ustąpić, a leje tak bardzo, że przez głowę przechodzi pomysł napisania do naczelnego, że nie jadę bo to chyba nie ma sensu. Zaraz, zaraz, co ja bredzę, wyjazd nie ma sensu? Pewnie, że jadę! Posilam się jeszcze miniaturowa kanapeczką z kurczakiem i sprintem biegnę do podjeżdżającego autobusu. Im dalej w las tym, więcej drzew a im dalej od Krakowa, tym mniej deszczu. Po dotarciu na miejsce, okazuje się, że tu tylko troszkę popadało...
 

Skrzeszowice – wieś w północno-wschodniej części województwa małopolskiego, w powiecie krakowskim, w gminie Kocmyrzów-Luborzyca, w tzw. Subregionie Wyżyny Miechowskiej. Istnienie tej miejscowości odnotowano u schyłku XV w. (1490). W 1581 należała do dóbr księcia Konstantego Ostrogskiego. W XIX w. był to ważny regionalny ośrodek gospodarczy (cegielnia, od 1871 gorzelnia). Skrzeszowice silnie związane były z działalnością powstańczą XIX w. W latach 1918-1939 jedno z centrów chłopskiego ruchu spółdzielczego. Własność rodziny Kleszczyńskich. Jedynym zabytkiem, (którego nie udało mi się zobaczyć) jakim może pochwalić się ta miejscowość jest zespół dworski. Tyle z cyklu „Gdzie to jest - Co tam się działo - Co warto zobaczyć”.
 

Zobaczyć na pewno warto również miejscowy stadion, główny cel mojej wyprawy, na którym swoje mecze rozgrywa Sprata Skrzeszowice. Klub posiada bardzo ładną stronę internetową, na której niestety nie udało mi się znaleźć mojego ulubionego działu – „historia”. Jest za to dział „archiwum”, w którym to można znaleźć tabele od sezonu 1991/1992 (!). Bardzo fajny pomysł, choć przydałoby się parę zdań o historii klubu, tym bardziej, że nie sięga ona jakichś odległych czasów i jest możliwość spisania dla potomnych prawie wszystkiego - za 30 lat, nikt już nie będzie pamiętał początków klubu. Z tego co ustalił niżej podpisany Sparta powstała w 1978 roku. A do jej największych sukcesów należą: awans do B klasy w sezonie 1994/1995, awans do A klasy w sezonie 1996/1997 oraz występ w IV rundzie Pucharu Polskich, gdzie Sparta przegrała z III ligowym Kablem Kraków.
 

Na miejscu jestem ponad godzinę przed meczem. Pierwsze kroki kieruję do budynku klubowego. Klub dzieli obiekt z miejscową OSP. Są już na szczęście piłkarze, którzy pozwalają mi się rozgościć, wysuszyć ciuchy z torby, a w międzyczasie pokazują obiekt i chętnie rozmawiają o aktualnej sytuacji. Okazuje się, że o dziwo, nie brak kasy jest największym problemem (przynajmniej takie pada stwierdzenie w rozmowie), ale brak gospodarza z krwi i kości. Wszytko - począwszy od malowania linii na boisku po zdjęciu siatek po meczu - wykonują sami piłkarze. Pełen jestem podziwu dla chłopaków, którzy pokazują mi własnoręcznie wykonane przez siebie szafki, dbają o porządek, widać, że naprawdę im się chce. Szkoda tylko, że muszą to robić ci sami ludzie, którzy chwilę później wybiegają na boisko. Boisko zastaję w niemal dziewiczym stanie. Gdy pierwszy raz wchodzę na murawę, piłkarze dopiero rozciągają sznurek, niezbędny do prostego namalowania linii. Swoją drogą jestem pewien, że takiego sznurka nie mają w Rajsku, gdzie linie malował ktoś spacerujący za wężem. Po chwili pojawiają się też siatki. Moi rozmówcy powoli zmieniają stroje na te właściwe a pod stadion podjeżdża autokar gości. Stadion położony bardzo klimatycznie, między drzewami, w okolicy znajduje się duży staw rybny. To, czego brakuje to trybuny. Zastępują je opony wkopane w ziemię wzdłuż murawy. Wracając jeszcze do samego budynku klubowego należy dodać, że jak na B klasę naprawdę prezentuje się okazale. Szatnie dla gospodarzy i gości, toaleta i prysznic (co prawda taki trochę „wojskowy”), pomieszczenie dla sędziów. Czyli jest wszystko co być powinno. I co ważnie, ludzie przyjaźni, mile nastawieni, można porozmawiać. Tym bardziej, że jak tylko podczas rozmowy z jednym z miejscowych kibiców, wspomniałem o tym, że byłem na meczu we Wróżenicach, zaraz zleciało się parę osób chętnych wysłuchać mrożącej krew w żyłach relacji z linii frontu. Nawet najstarsi kibice, którzy mówili, że widzieli już niejedną „wiejską bijatykę” nie pamiętali przypadku, aby policja uciekała z meczu. Nadeszła w końcu chwila, gdy sędzia wziął gwizdek w ręce, przyłożył do ust i rozpoczyna, hit B klasy.
 

Przed meczem obie drużyny miały szansę na awans. Mecz, był meczem walki, wygranym 2:0 przez drużynę gości. Szreniawa przystąpiła do spotkania bez etatowego bramkarza. Jedyny udający się na ten wyjazd golkiper, będąc już w autokarze, dowiedział się o wypadku najbliższej rodziny i zrezygnował z gry by udać się do szpitala. Zastępujący go między słupkami kolega, który na co dzień gra w obronie, spisał się znakomicie, zachowując przez całe spotkanie czyste konto. Wyjazdowe zwycięstwo Szreniawy walnie przyczyniło się do tego, iż drużyna ta zajęła ostatecznie drugie, premiowane awansem, miejsce w B klasie. W przyszłym roku, wypadało by zatem zajrzeć do Koszyc na A klasę.
 

Po meczu, jeszcze standardowa chwila w oczekiwaniu na końcowy protokół od sędziów i można ruszać w drogę powrotną. Ta również przebiegła niezwykle sprawnie, gdyż połączenie MPK, pasowało mi niemal co do minuty. I niestety bez ulubionych przez czytelników przygód...
 

Tradycyjne pomeczowe PKB:
P
iwo: nie było
Kiełbaski: też nie było
Bilety: też niestety nie było


 

Przygotował: Dariusz Grochal (Futbol-Małopolska)